Długo nie pisałam, długo nie robiłam żadnych zdjęć. Po części z braku czasu, po części z przygnębienia, ale i po części świadomie. Potrzebowałam czasu, żeby spojrzeć na swoje macierzyństwo z innej perspektywy, z niewielkiego dystansu; żeby znowu zrozumieć, że tak, jak jest, jest dobrze; że tak być musi; że inaczej nie będzie; że to, jak jest, nie minie, ale że to po prostu jest nasza nowa rzeczywistość (nadążacie?). Musiałam złapać oddech, żeby ze spokojem przyjrzeć się temu, jakie są nasze dzieciaki i jakie relacje je łączą, a przede wszystkim temu, jak radzi sobie z ich budowaniem (z racji nasilającego się buntu) nasze najstarsze dziecię.